sobota, 26 października 2013

#2


                                      Samotność - 
           termin, który nie posiada nawet przeciwieństwa. 

Nigdy by nie pomyślała, że będzie kiedykolwiek mieszkać w Rosji. W tym zimnym, surowym i jednocześnie pełnym przepychu kraju. W chwili gdy dostała propozycję stażu w jednym z najlepszych klubów siatkarskich na świecie, bez zastanowienia się zgodziła. Dopiero potem, gdy za sprawą Lotmana, dowiedziała się gdzie owy klub się znajduje, nie potrafiła kryć rozczarowania. Niemal każdego wieczoru starała się znaleźć jakieś plusy tej decyzji. Na stolikach, blatach w kuchni leżało multum kartek na których jedynym słowem była - wypłata. Innych plusów, Elena nie potrafiła wyszukać. W między czasie Paul tylko kręcił głową jednocześnie się śmiejąc. Doskonale wiedział, że dziewczynie tak naprawdę nie zależy na pieniądzach, ponieważ pochodziła z bardzo zamożnej rodziny. Coraz bardziej miał ochotę wyznać jej tajemnicę o tym, kogo spotka w swojej przyszłej pracy. Ale jako że był jej najlepszym przyjacielem - nie zrobił tego. Z czystej złośliwości. 

Ociężale wspinam się po schodach, które jakby nie miały końca. Co to musi być za cholerny pech, że do Ali akurat teraz przyjechali w odwiedzinach rodzice, jednocześnie pozbywając mnie dachu nad głową. Na dodatek wybrane przeze mnie w ostatniej chwili mieszkanie w apartamentowcu, mieści się na siódmym piętrze do którego muszę trafić właśnie przez schody, bo dziwnym trafem winda zepsuła się parę minut przed moim przyjściem.
Kiedy wreszcie staję przed wejściem do nowego lokum, opieram bezsilnie czoło o hebanowe drzwi, jednocześnie niemiłosiernie dysząc. Po pokonaniu 122 schodów, z ciężkimi bagażami w obydwu dłoniach, nie mam siły nawet na wymówienie jednego, siarczystego przekleństwa.

                                                *** 

Nie wiem po jakiego diabła włożyłam dzisiaj szpilki. Staram się jak najciszej stąpać po gładkiej nawierzchni drogi, prowadzącej do otwartych na oścież drzwi hali sportowej. Stojąc już u progu, opieram się ramieniem o framugę, po czym szukam wzrokiem trenera Władimira Alekno. 
- O, jest już pani! - Z głębi sali usłyszałam głośny krzyk, dzięki któremu wszystkie oczy zawodników spoczywają na mojej osobie. 
- Proszę, proszę podejść! - Woła uradowany trener kierując się do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie zostaje mi nic innego, jak tylko wziąć głęboki oddech i ruszyć mu na spotkanie. 

Nie, nie jest zaskoczony. Jest zszokowany jej widokiem. Nie widział jej od tej pamiętnej nocy, podczas której Polacy świętowali razem z Amerykanami wygraną Ligę Światową. Rano, już jej nie było - tłumaczyli mu, że wyjechała, że to normalne. On jedynie kręcił z niedowierzaniem głową. No bo jak to tak uciekać? Bez pożegnania? 
A teraz znowu ją spotyka. Piękną brunetkę w obcisłej, czarnej sukience sięgającej do kolanka. Mimowolnie uśmiecha się pod nosem. Cztery miesiące temu miała na sobie jedynie biały t-shirt, dżinsy i różowe conversy. No i uśmiech który teraz jest zastąpiony skupieniem. 
Anderson staje za najwyższym zawodnikiem, nie chcąc aby Elena go ujrzała a przez to najprawdopodobniej - straciła owe skupienie, z którego niezwykle łatwo jest ją wytrącić. 

Już po. 
Po prezentacji, po samodzielnym przedstawieniu się i po chodzeniu w tych kretyńskich szpilkach. Stojąc pod jakimś nieznanym mi budynkiem, nie zważam na zdziwione czy rozbawione spojrzenia przechodniów i zdejmuję niewygodne buty zamieniając je na wyjęte z przed chwili z torby czarne vansy. 
O Boże, jak dobrze. Jakbym stąpała nie po zamarzniętym, twardym betonie a po lekkiej chmurce. Wyjmuję iPhona i wysyłam Paul'owi wiadomość, że oficjalnie od jutra zaczynam staż w Zenicie Kazań. Zaciskam zmarznięte palce na kubeczku gorącej, białej herbaty. Jako jedyna studentka amerykańskiej uczelni dostałam propozycję stażu w Rosji nie dzięki nazwisku mojej matki, ani ojca. Nie dzięki ich majątkowi, a dzięki swoim zdolnościom i ciężkiej pracy. 
Po chwili gwałtownie przystaję. Moja torba jest jakaś lekka. Zdezorientowana zerkam do jej środka. Komórka, słuchawki, balsam do ust, notatnik.. Nie, to są chyba jakieś kpiny. Klnąc pod nosem stwierdzam, że zgubiłam szpilki. Jestem w Rosji, w tym cholernym Kazaniu, na nieznanej mi ulicy i zgubiłam szpilki! Wściekła zaciskam zęby, gwałtownie się obracam i jak to zwykle bywa w tłumie - wpadam na kogoś. 
- Tak się właśnie zastanawiałem, kiedy wreszcie się zorientujesz. - Śmieje się brunet, po czym jak gdyby nigdy nic wkłada mi moją zgubę do torby. Stoimy tak naprzeciw siebie przez dłuższą chwilę. W ciszy i padającym na nas śniegu. Mrużąc oczy, spoglądam na twarz Amerykanina. Już zapomniałam o tym, jak bardzo niebieskie są jego oczy. Właściwie to w tej chwili są niemal szare. Cholera, o czym ja właściwie myślę. 
Siatkarz widząc moje zdziwienie, podchodzi bliżej i przyciąga mnie do siebie kładąc brodę na czubku mojej głowy. 
- Na prawdę nie wiedziałaś? - Mruczy. 
- Czego?
- Że jestem przyjmującym w Zenicie. 
- Słucham? - Dochodząc już w zupełności do siebie, wyswobadzam się z jego ciepłego uścisku, którym i tak nawiasem mówiąc, nieźle mnie zaskoczył. 
- Czyli Paul nic ci nie powiedział. - Szepcze rozbawiony, przeszywając mnie swoim spojrzeniem. Mi tam wcale do śmiechu nie było. 
- Tak w ogóle, to dawno się nie widzieliśmy. 
- Dawno. - Przytakuję i chowam swoje lodowate już dłonie do aksamitnych kieszeni płaszcza. 
- Wiesz, nie chce być jakimś zrzędą, ale mogłaś przynajmniej zadzwonić czy coś. A nie uciekać. 
- Przecież ja nigdzie nie uciekłam! Samolot miałam o szóstej rano, a wy spaliście jak zabici. Poza tym, kim ty do diabła jesteś że muszę się z tobą żegnać i dzwonić? 
- Kolegą. - Matt wzrusza ramionami. 
Kolegą mruczę sarkastycznie pod nosem, i odwracając się idę przed siebie. 
- Podwiozę cię. - Rzuca siatkarz momentalnie zrównując ze mną krok. 
- Dzięki, ale dam sobie radę. 
- Nie pytam cię o zgodę. - Łapie mnie zdecydowanie za rękę i prowadzi do samochodu. Oczywiście w między czasie próbuję się wymknąć z jego silnego uścisku, jednocześnie wyklinając go niemiłosiernie ku jego zdumiewającej radości. 

- Czego ty ode mnie chcesz. - Warczy z założonymi rękoma, wpatrując się w coraz bielszy krajobraz za oknem.
- Niczego. Jestem po prostu miły, w przeciwieństwie do ciebie. Na naszym ostatnim spotkaniu...
- I jedynym. - Elena przerywa mu uśmiechając się ironicznie. 
- Byłaś inna. - Dokańcza zaciskając duże dłonie na kierownicy. Na prawdę nie wie, co się stało z tą wiecznie śmiejącą się, otwartą dziewczyną. Lotman owszem, wspominał coś o jakiś problemach w jej rodzinie, ale nigdy nie powiedział czy to coś poważnego. Anderson na samo wspomnienie w swoich myślach słowa - rodzina, wzdycha cicho. Doskonale pamięta moment, w którym dowiedział się o śmierci swojego ojca. Minęły dwa lata, a on nadal czuje ten ból i jednocześnie pustkę. Być może ją spotkało to samo. 
- Przepraszam. - Szepcze brunetka, patrząc się tępo przed siebie tym samym wyrywając go z myśli. - Cieszę się, że cię spotkałam. W końcu nie będę sama w tym wielkim kraju. - Na jej twarzy pojawia się nikły uśmiech, ale przyjmujący i tak mimowolnie odwzajemnia jej gest muskając lekko jej gładką, drobną dłoń.

1 komentarz:

  1. Czemu ja nic nie wiem o nowości!? ;)) Jest cudownie. Elena i Matt będą razem pracować, to świetnie! Jestem ciekawa, czy kiedyś ich coś łączyło, a nawet jeżeli nie, to ja już widzę między nimi chemię. Paul intrygant :D Pozdrawiam cieplutko : *

    OdpowiedzUsuń