sobota, 7 grudnia 2013

#5


                                                         Stay      



W chwili, gdy z moich ust pada ostatnie słowo, czuję jak moje ciało i umysł wyrywają się tym samym z transu. Koniuszkiem języka delikatnie oblizuję lekko spierzchnięte usta, biorę głęboki wdech i przymykam załzawione oczy w celu zakamuflowania słonej cieczy. 
W moich myślach nie ma już ojca. Nie ma jego zielonkawych oczu z których jakże łatwo można było wyczytać Nie kocham Cię. Nie ma jego obojętnej postawy, którą przybierał przez te 23 lata mojego życia. Nie ma też tego jakże raniącego pytania Kim Ty jesteś? kiedy odwiedziłam go w naszym dawnym, rodzinnym domu kilka miesięcy temu. I choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, iż jego pamięć przez chorobę będzie się coraz bardziej pogarszać, wiem również to, że on tak naprawdę nigdy mnie nie znał, więc skąd ma wiedzieć kim jestem. 
Teraz, w moich myślach jest Anderson. Jego twarz, otulona półmrokiem panującym w mieszkaniu i subtelnym cieniem światła, dochodzącego zza moich pleców, od ulicznych lamp. Jego czuły wzrok, czy ciepłe opuszki palców muskające od czasu do czasu moje dłonie czy policzki. 
- To co teraz? - Pyta jednocześnie zakrywając moje nagie udo białym kocykiem. Wzruszam ramionami i kieruję swoje oczy w stronę balkonowego okna. Na widok wirujących w powietrzu srebrnych płatków śniegu, mimowolnie się uśmiecham. W przeciwieństwie do moich znajomych z Polski - kochałam zimę. W dzieciństwie z uwielbieniem wpatrywałam się w padający z mlecznego nieba puch, stojąc na środku ogrodu. 
- Na święta wracam do Polski. - Szepczę i kładę głowę na miękkim oparciu kanapy.  
Po chwili czuję jak jego ciepłe ciało styka się z moimi wygiętymi lekko w łuk plecami. Swoimi palcami zaczyna kreślić wzorki na moich barkach zahaczając przy tym o zsuwający się z moich ramion materiał jego szarej koszulki. Palcami drugiej dłoni, delikatnie odgarnia moje gęste, brązowe włosy i zbliża usta do mojego ucha, jakże wrażliwego na oddech bruneta. 
- Lecę z tobą. I nie chcę słyszeć sprzeciwu.
Odwróciłabym się aby powiedzieć mu, a może nawet i wykrzyczeć, że nie jestem małą dziewczynką (nie patrząc na mój wzrost gdy stoję przy nim ramię w ramię) i naprawdę nie potrzebuję żadnej dwumetrowej niańki. Jednak w porę dochodzi do mnie fakt, iż jego twarz, właściwie to cały on, jest w dość niebezpiecznie bliskiej odległości ode mnie. O ile o jakiejkolwiek odległości tu może być mowa. Powiedzieć też za bardzo nie wiem co, bo wargi Matthew, które co jakiś czas muskają moją gładką skórę na karku i w okolicach szyi, skutecznie mnie dekoncentrują. 
- Dobra, po pierwsze, to czy mógłbyś przestać? A po drugie, to nigdzie ze mną nie lecisz. – Warczę, choć mam wrażenie że zamiast ryku lwa był ryk małego kociątka. Amerykanin najwyraźniej rozbawiony moim tonem, przestaje (dzięki Bogu) mnie dotykać, muskać, głaskać czy co to on robił, by odwrócić całą moją sylwetkę w jego stronę. 
Widzę że ma już coś powiedzieć, gdy wtem przerywa mu głośny krzyk. Nie, nie mój. 
- Wiedziałem! – Lotman w jednej sekundzie tuli do swojego, okrytego sweterkiem torsu głowę Matt’a i ściska mój i tak już rozgrzany policzek. 


                                                                  ***

- Czyli.. Nie jesteście razem? – Oczy Łosia przybierają ton niewyobrażalnego smutku i rozpaczy. 
- Nie. – Kręcę głową i nalewam mu do kryształowego kieliszka sok grejpfrutowy. Wszystkie inne trunki, te mocniejsze, Anderson wyrzucił, dosłownie, przez okno. 
- Jak to możliwe?! – Krzyczy na co rzucam w niego rolką papieru kuchennego. Jak się całkiem niedawno okazało jest dopiero, a może aż, dwunasta w nocy a moi sąsiedzi i tak cudem tolerują moje kłótnie z Matt’em. 
- Przegrał zakład. Zapewne z Jasmine, bądź Ignaczakiem. – Mówi niebieskooki łapiąc mnie za nadgarstek i przyciągając do siebie. – Usiądź wreszcie. 
Racja, nigdy nie lubił jak chodziłam w kuchni od kąta w kąt. 
- Od razu przegrałem. Mam jeszcze czas. 
- Czyli z Jasmine. – Uśmiecha się pod nosem brunet, podkradając mi z mojego kubka łyk białej herbaty, po którym nie ma już połowy cieczy. 
- To jak? Kiedy przylatujecie do Polski? 
- Za dwa dni mam samolot. 
- Za dwa dni mamy samolot. – Poprawia stanowczo Anderson, co nie uchodzi uwadze Lottiego. 
- Oszalałeś? Masz lecieć do USA. 
- Chyba sam mogę za siebie decydować? 
- W święta powinno się być z rodziną. 
- Mojej rodzinie nic się nie stanie. - Wzdycham ciężko i przegryzam dolną wargę. Gdy tylko czuję jak Matt odnajduje i ściska pod stołem moją dłoń, przewracam teatralnie oczami.
- Jesteście niemożliwi. - Fuka Paul, po czym odchodzi od stołu i posyła w naszym kierunku całuska jednocześnie informując że idzie się rozpakować.
No tak.. rozpakować. 
 
                                            ***

- Zabiję tą dwumetrową mendę o oczach Szczerbatka. - Mówię poważnym tonem, stojąc plecami do Andersona leżącego na moim łóżku. Znów.
- Nie przesadzaj. W końcu już ze sobą spaliśmy. 
- Obok siebie Matt, obok siebie. - Poprawiam przyjmującego i chowam się za ścianą garderoby aby zdjąć koszulkę.
- Ale jednak półnadzy. Pierwszy krok za nami. – Śmieje się Amerykanin, na co ja również parskam śmiechem i rzucam materiał na półkę w szafie. 

Słysząc dochodzące z garderoby polskie przekleństwa, marszczę delikatnie brwi i podnoszę się cicho z łóżka. W drodze do pomieszczenia wypchanego zapewne aż po sufit ubraniami, karcę siebie w myślach za swoją nadopiekuńczość. To chyba nie jest normalne, że słysząc wulgaryzmy wychodzące z jej ust, moje serce staje w obawie o jej zdrowie, czy życie. 
Stojąc już u progu, nazywam siebie pod nosem największym kretynem i zamierzając czym prędzej wrócić do łóżka zerkam tylko kątem oka na drobną sylwetkę dziewczyny. Niepotrzebnie. 
Na widok Eleny odzianej jedynie w krótkie spodenki Nike i czarny, koronkowy biustonosz z którym to właśnie się teraz siłuje, mój oddech mimowolnie przyspiesza a usta zaciskają się w cienką linię.
Bez zastanowienia podchodzę bliżej i kładę swoje duże dłonie na jej ramionach, nie zważając na szalejące w mojej piersi serce. 
Przybliżam swoją twarz do jej szyi, by móc wargami czule muskać jej kark i koniec obojczyka. Moje dłonie zsuwają się wzdłuż jej talii, by ostatecznie objąć ją pod piersiami i powoli obrócić w swoją stronę. 
W chwili gdy jej oczy spoczywają na mojej twarzy, jestem pewien że w życiu piękniejszych nie widziałem. Przez padające z boku nikłe oświetlenie, można mieć wrażenie że oprócz czekoladowego brązu i zieleni, w jej tęczówkach znajduje się płynne złoto. Bezwiednie mój wzrok spada na jej malinowe, minimalnie rozchylone usta kuszące mnie swoim konturem. 
- Oczy ci się błyszczą. – Zauważa dotykając czule swoją małą dłonią mego policzka. Nie wytrzymując, łapię ją za nadgarstek i przyciągam jej ciało do siebie, po czym zachłannie wpijam się w jej niesamowicie miękkie i słodkie wargi. 


sobota, 16 listopada 2013

#4


                              Please, don't judge me. 

Wzdychając ciężko, odkładam białego iPhona na nocny stolik. 
Po raz kolejny zamykam zmęczone już oczy, próbując z całego serca uniknąć poczucia winy. Przylatując do Rosji obiecałam sobie, że nie będę stwarzać sobie nowych problemów, że nie będę komplikowała swojego życia. Chciałam uciec od nękających mnie spraw, chciałam je sobie przemyśleć w spokoju aby w chwili powrotu do Polski, podjąć odpowiednie i niewymuszone decyzje.
Seks by wszystko zepsuł, a zwłaszcza seks z mężczyzną który najwidoczniej nie jest mi obojętny. Oboje musielibyśmy stanąć w sytuacji bez wyjścia. A ja, chyba największa w świecie egoistka, nie jestem gotowa na stracenie kogoś takiego. 
Zrezygnowana, zerkam przez ramię na śpiącego w moim łóżku Andersona. Na widok jego nagiej, umięśnionej klatki piersiowej, mimowolnie zaciskam dłonie w pięści. To, że moje rozgrzane ciało okrywa jedynie jego koszulka, i że obudziłam się z jego kojącym oddechem na obolałej szyi, czy ciepłą dłonią na biodrze, nie musi chyba oznaczać że uprawialiśmy seks. 
- Elena. - Podnoszę wzrok na twarz bruneta, który zapewne od dłuższego czasu bacznie się mi przygląda. Na jego twarzy maluje się przejęcie, zapewne spowodowane moim zdenerwowanym i pytającym spojrzeniem utkwionym w jego osobie. 
Mija chyba paręnaście minut, gdy Matt decyduje się na uniesienie swojego torsu, by następnie chwycić silnymi rękoma moje ramiona. Nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, delikatnie kładzie mnie na białej, pachnącej naszymi perfumami pościeli. Przez moment, widzę że nad czymś się uparcie zastanawia, lecz po chwili, z pewnością opiera po obu stronach mojej głowy dłonie, i pochyla się nade mną, uśmiechając czule. 
- Przecież doskonale wiesz, że nigdy bym ci tego nie zrobił. - Szepcze, dotykając opuszkiem palca mój czubek nosa. Ten gest zawsze nas rozśmieszał, więc i tym razem nie było wyjątku. Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie powinno rozwiać moich wątpliwości tak szybko. Ale w tej chwili dochodzi do mnie fakt, że Amerykanin naprawdę nigdy nie zrobiłby mi krzywdy. Nie On. Przyglądając się jego roześmianym niebiesko-szarym oczom, nie zdaję sobie sprawy z tego, że przybliżamy się do siebie coraz bardziej, że między naszymi półnagimi ciałami, nie ma praktycznie żadnej szczeliny. Uświadamiam sobie to dopiero w momencie, gdy z transu uwalnia mnie dźwięk mojego iPhona. Bez zastanowienia wymykam się spod jego ciężaru, zabieram z szafki przedmiot i szybkim krokiem kieruję się w stronę kuchni. Przelotnie zerkam na ekran, po czym wyłączam urządzenie drżącymi dłońmi. Gdy podnoszę wzrok, w szybie okna zauważam jak wysoka sylwetka opiera się o framugę drzwi głośno wzdychając.

- Powiesz mi w końcu co cię tak dręczy? - Pytam zmęczonym już głosem. Kumulująca się we mnie bezsilność, nie pozwala mi po raz kolejny przymknąć oczu na jej zachowanie. Zawsze po rozmowie z tym kimś, stawała się obojętna, oziębła. Do końca dnia była obecna myślami gdzie indziej, odłączała się choć widać było, że jednocześnie stara się pozostać. 
Nie zauważając z jej strony żadnej reakcji, podchodzę do niej i opatulam jej drobne ciało swoimi ramionami. Czuję jak opiera swoją głowę o moje przedramię, na co ja zanurzam nos w jej ciemnych, słodko pachnących włosach. 
- Nigdy mu na mnie nie zależało. - Szepce jeszcze mocniej wtulając twarz. - A teraz, nagle oczekuje ode mnie, że mu pomogę, że przy nim będę. Nie kocham go Matt. - Elena odwraca się do mnie przodem, z bólem wymalowanym na twarzy. Nawet nie zauważyłem, kiedy moje serce przyspieszyło rytm bicia, jakby chciało wyrwać się z mojej klatki piersiowej i przeniknąć do jej środka aby dodać jej sercu otuchy. Brunetka chyba zrozumiała moje zdezorientowanie. Marszcząc swoje brwi, w zastanowieniu sięga po dwa kieliszki i stojącą w kącie blatu butelkę czerwonego wina. Na moment zamiera trzymając w dłoniach trunek, by po chwili z impetem rzucić nim o drewnianą podłogę. 
- Mój ojciec jest sukinsynem i ma Alzheimera. - Warczy, przylegając do mnie całym ciałem. Całując ją w czubek głowy, uspokajam swoje myśli masując dłońmi jej plecy. W normalnych okolicznościach nieźle bym ją za ten występek ochrzanił. Teraz jednak zdaję sobie sprawę z tego, że to było jej potrzebne. Nawet ona, pozornie tak silna, młoda kobieta musiała się w końcu poddać napierającym na nią uczuciom, czy przeżyciom. 

środa, 30 października 2013

#3


                                                   Sky Ferreira - Animal 

Muskające moją rozgrzaną skórę opuszki palców, wywołują u mnie niekontrolowane, ledwo słyszalne mruknięcie. Niezwykle aksamitne dłonie, delikatnie napierają na coraz mniej bolące mnie miejsce między łopatkami. Słodki Jezu, co ta dziewczyna ze mną wyprawia. Gdybym tylko mógł, to chyba mruczałbym niczym kot głaskany za uchem. W chwili, gdy brunetka pochyla się nieco nade mną, do moich nozdrzy dochodzi woń jej perfum, skóry. Wzdychając cicho stwierdzam, że zapach jest niezwykle intymny, zmysłowy, przytulny. Taki, jak ona. 
Przenoszę wzrok na jej twarz. Jest już w Kazaniu prawie dwa miesiące. Widać po niej, że powoli stara się samej siebie nie ukrywać. Tej prawdziwej siebie. Nie zagłusza w sobie tego dziecinnego wręcz okrzyku radości, na widok ulubionych ciastek z cukierni, które razem zjadamy po każdym meczu w ramach nagrody. Nie próbuje już być przesadnie poważna, bo jak sama powiedziała, ma dopiero 23 lata i wszystko przed nią. 
Owszem, nie mówi mi wielu rzeczy, zdarzają jej się dni ciche, podczas których jej brązowo - zielone oczy, przybierają ton chłodnej obojętności. Ale coraz rzadziej. 
Zauważając, że ją bacznie obserwuję, przewraca uroczo oczami i prycha. No tak, miałem tego nie robić w chwili gdy mnie masuje. Nieraz robiła mi awantury, że te moje "pieprzone" napięte mięśnie, nie dają jej wykonać porządnie pracy, która i tak nie należy do niej. Niemal wszyscy zawodnicy Zenitu, w chwili gdy dowiedzieli się o dłuższej nieobecności drugiego masażysty i wynikającemu z tego zastępstwu go przez Elenę, dosłownie rzucili się do kozetki do masażu. Ale cóż się dziwić, jest..
- Matt, boli jeszcze? - Pyta cicho, na co mój lewy kącik ust podnosi się ku górze. Mam zamiar jej powiedzieć, że tak, że właściwie to całe ciało mnie boli. Ale skutecznie przerywa mi dźwięk śmiechu trenera. 
- Nie boli, nie boli. Po tej rozanielonej minie można poznać. Za pięć minut następny, z barkiem. - Informuje, na co Elena zabiera swoje drobne dłonie z moich pleców, dając mi wrażenie, jakby moje ciało było zupełnie pozbawione ciepła. 
- Jutro mecz, denerwujesz się? - Rzuca we mnie moją klubową koszulką, i siada na krzesełku. 
- A powinienem?
- Chyba nie. - Wzrusza ramionami.
- Paul się mi żalił, że nie odpisujesz mu na wiadomości. 
- Idiota.  
- Długo będziesz się na niego gniewać? - Parskam śmiechem na widok pojawiającego się na jej twarzy zniecierpliwienia.
- Rozumiem, że stoisz po jego stronie?
- No daj spokój. Może myślał, że już mnie nie pamiętasz? 
- Raczej ciężko zapomnieć kogoś, kto strącił mnie z łóżka na podłogę. Albo kogoś, kto bez pytania wgrywa mi jakieś Mumford and Sons na iPhona. 
- Słuchałaś? - Uśmiecham się szeroko, dostrzegając jak Elena śmiejąc się, potakuje.
      
                                                ***

Nie wiem czy do końca już zgłupiałam, czy za dużo poprzedniego dnia wypiłam z Alą, czy może robię specjalnie na złość Lotmanowi, ale zostaje w Kazaniu do końca sezonu. Trener zadowolony, prezes zadowolony, zawodnicy zadowoleni, a więc i ja powinnam być zadowolona. 
Ale to nie teraz. Bo właśnie na parę dni przed Wigilią, łażę po tym durnym mieszkaniu, z termometrem pod pachą, kubkiem gorącej herbaty w dłoni i w szlafroku, którego kieszenie są wypchane chusteczkami. Krótko mówiąc, się rozchorowałam. 
Mijając w przedpokoju drzwi wejściowe, jeszcze raz zerkam na nie, upewniając się czy aby na pewno są zamknięte. W ostatniej telefonicznej rozmowie z Andersonem, nie wspomniałam mu o tym, że w ciągu minuty wysmarkam połowę opakowania chusteczek, że kicham nie jeden raz a pięć i że moje ciało, jest cholernie gorące i to bynajmniej nie z powodu żadnej namiętności. Tak więc, w chwili kiedy ta menda się dowie, z jakiego to powodu nie mogłam pojechać z nimi do Moskwy w której Zenit miał rozegrać przedostatni mecz, pewnie przejedzie pół miasta w poszukiwaniu najlepszego leku, który zapewne wręcz pogorszy moje zdrowie, a kiedy już pojawi się u progu drzwi, zrobi mi ogromną awanturę o to, że nic mu nie mówię, że przecież owo zdrowie mam tylko jedno i że jestem głupia. Nie wspomnę nawet w jaki sposób ten pacan znajdzie się w moim mieszkaniu, bo to jest już jego tajemnica. 
Zmęczona wdrapuję się na parapet. Wiem, że nie powinnam siedzieć z gorączką przy otwartym oknie w środku grudnia i to w Rosji. Ale cóż poradzić, uwielbiam czuć chłód na swoim ciele. Zwłaszcza gdy gorączka zamiast spadać, ciągle idzie w górę. Skubiąc swoje różowe, wełniane skarpetki zastanawiam się czy przeznaczenie rzeczywiście istnieje. No bo, jak tak się przyjrzeć to życie może być w pewnym sensie takim długim łańcuchem, powstającym z złączonych ze sobą momentów. Dzięki wyprowadzce do Stanów poznałam Paula, a dzięki niemu poznałam Alicję. Poznanie jej dało mi szansę poznać siatkarzy co doprowadziło do poznania Matthew. Wybranie na studiach kierunku, jakim była medycyna sportowa dało mi pracę w sportowym klubie. A przez to, ponowne spotkanie Amerykanina. 
Ale kiedy wracam myślami do dzieciństwa, próbując i tam wyszperać jakieś dowody na istnienie owego przeznaczenia, dochodzę do wniosku, że jego jednak nie ma. Że to bujdy i brednie powstające zazwyczaj w myślach zakochańców. 
Z myśli wyrywa mnie dźwięk komórki. Zerkam na wyświetlacz : Masz 1 nieodebraną wiadomość od: Matthew: Będę za 5 min. 

                                               ***

- Przecież ci mówię, że to nic poważnego! Zwykłe przeziębienie! Zresztą, co ci do tego?! - Krzyczy brunetka do przyjmującego, nie zważając na piekielny ból gardła. Wie, że jest wściekły. Zaciśnięta szczęka, dłonie zwinięte w pięści i nierównomierny oddech, bynajmniej nie świadczą o jego radości. 
Anderson z trudem powstrzymuje się przed wywrzeszczeniem wiązanki przekleństw. Nie lubił kląć w towarzystwie kobiet, w Jej towarzystwie. Czuje jak jego mięśnie są napięte do maksimum. Czuje też w pewnym sensie ból, widząc w jaki sposób patrzy na niego dziewczyna. 
- Chyba mam prawo wiedzieć, co się z tobą dzieje. - Warczy ostro i nie wytrzymując, bez zastanowienia przyciska jej drobne ciało do ściany. Zdesperowanym wzrokiem, próbuje znaleźć w jej twarzy jakieś ciepłe uczucie, jakąś wskazówkę do tego, co ma zrobić aby wreszcie mu w pełni zaufała. 
- Matt..
- Martwię się o ciebie. - Szepce Anderson, dotykając czule dłonią jej rozgrzanego, gładkiego policzka. Brunetka na słowa i gest Amerykanina, mimowolnie się uśmiecha, bo mówić, to ona już nie da rady. 

                                                   ***

Mówi się, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Czy jakoś tak. 
Elena po naszym małym spięciu w pewnym sensie straciła głos, przez co musiałem się z nią znowu wykłócać o to, aby wysmarowała sobie gardło jakimś alkoholem w celu wygrzania. Tak więc przez cały ten czas porozumiewała się ze mną za pomocą rysowanych obrazków, co i tak nie przeszkodziło jej w przekomarzaniu się ze mną. 
Teraz, po obejrzanej po rosyjsku komedii, jej głowa spoczywa na moich kolanach, twarz jest zwrócona w moją stronę, przez co mogę się jej dokładnie przyjrzeć. Jej uroda, tak jak ona, jest nieco sprzeczna z samą sobą. Delikatne, albo jak to Paul mi tłumaczył - szlacheckie - rysy kontrastowały z ciemnymi, dodającymi charakteru brwiami i gęstymi rzęsami. Usta jędrne, malinowe. Niemal codziennie w szatni wysłuchuję jak to one kuszą mężczyznę, jakie to są cholernie seksowne, gdy brunetka je lekko przegryza w chwili skupienia. 
Uśmiecham się pod nosem, słysząc jej cichy pomruk w chwili gdy opuszkiem palca muskam jej dolną wargę. Po chwili, zauważam jak przez katar coraz ciężej jest jej oddychać, na co biorę ją na ręce i zanoszę do ciemnej sypialni.
Sam kładę się obok niej, usilnie tłumacząc sobie, że zostaję przy niej na noc tylko dlatego, że jest chora i sama, a nie że coraz bardziej zaczyna mi na niej zależeć. 

sobota, 26 października 2013

#2


                                      Samotność - 
           termin, który nie posiada nawet przeciwieństwa. 

Nigdy by nie pomyślała, że będzie kiedykolwiek mieszkać w Rosji. W tym zimnym, surowym i jednocześnie pełnym przepychu kraju. W chwili gdy dostała propozycję stażu w jednym z najlepszych klubów siatkarskich na świecie, bez zastanowienia się zgodziła. Dopiero potem, gdy za sprawą Lotmana, dowiedziała się gdzie owy klub się znajduje, nie potrafiła kryć rozczarowania. Niemal każdego wieczoru starała się znaleźć jakieś plusy tej decyzji. Na stolikach, blatach w kuchni leżało multum kartek na których jedynym słowem była - wypłata. Innych plusów, Elena nie potrafiła wyszukać. W między czasie Paul tylko kręcił głową jednocześnie się śmiejąc. Doskonale wiedział, że dziewczynie tak naprawdę nie zależy na pieniądzach, ponieważ pochodziła z bardzo zamożnej rodziny. Coraz bardziej miał ochotę wyznać jej tajemnicę o tym, kogo spotka w swojej przyszłej pracy. Ale jako że był jej najlepszym przyjacielem - nie zrobił tego. Z czystej złośliwości. 

Ociężale wspinam się po schodach, które jakby nie miały końca. Co to musi być za cholerny pech, że do Ali akurat teraz przyjechali w odwiedzinach rodzice, jednocześnie pozbywając mnie dachu nad głową. Na dodatek wybrane przeze mnie w ostatniej chwili mieszkanie w apartamentowcu, mieści się na siódmym piętrze do którego muszę trafić właśnie przez schody, bo dziwnym trafem winda zepsuła się parę minut przed moim przyjściem.
Kiedy wreszcie staję przed wejściem do nowego lokum, opieram bezsilnie czoło o hebanowe drzwi, jednocześnie niemiłosiernie dysząc. Po pokonaniu 122 schodów, z ciężkimi bagażami w obydwu dłoniach, nie mam siły nawet na wymówienie jednego, siarczystego przekleństwa.

                                                *** 

Nie wiem po jakiego diabła włożyłam dzisiaj szpilki. Staram się jak najciszej stąpać po gładkiej nawierzchni drogi, prowadzącej do otwartych na oścież drzwi hali sportowej. Stojąc już u progu, opieram się ramieniem o framugę, po czym szukam wzrokiem trenera Władimira Alekno. 
- O, jest już pani! - Z głębi sali usłyszałam głośny krzyk, dzięki któremu wszystkie oczy zawodników spoczywają na mojej osobie. 
- Proszę, proszę podejść! - Woła uradowany trener kierując się do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie zostaje mi nic innego, jak tylko wziąć głęboki oddech i ruszyć mu na spotkanie. 

Nie, nie jest zaskoczony. Jest zszokowany jej widokiem. Nie widział jej od tej pamiętnej nocy, podczas której Polacy świętowali razem z Amerykanami wygraną Ligę Światową. Rano, już jej nie było - tłumaczyli mu, że wyjechała, że to normalne. On jedynie kręcił z niedowierzaniem głową. No bo jak to tak uciekać? Bez pożegnania? 
A teraz znowu ją spotyka. Piękną brunetkę w obcisłej, czarnej sukience sięgającej do kolanka. Mimowolnie uśmiecha się pod nosem. Cztery miesiące temu miała na sobie jedynie biały t-shirt, dżinsy i różowe conversy. No i uśmiech który teraz jest zastąpiony skupieniem. 
Anderson staje za najwyższym zawodnikiem, nie chcąc aby Elena go ujrzała a przez to najprawdopodobniej - straciła owe skupienie, z którego niezwykle łatwo jest ją wytrącić. 

Już po. 
Po prezentacji, po samodzielnym przedstawieniu się i po chodzeniu w tych kretyńskich szpilkach. Stojąc pod jakimś nieznanym mi budynkiem, nie zważam na zdziwione czy rozbawione spojrzenia przechodniów i zdejmuję niewygodne buty zamieniając je na wyjęte z przed chwili z torby czarne vansy. 
O Boże, jak dobrze. Jakbym stąpała nie po zamarzniętym, twardym betonie a po lekkiej chmurce. Wyjmuję iPhona i wysyłam Paul'owi wiadomość, że oficjalnie od jutra zaczynam staż w Zenicie Kazań. Zaciskam zmarznięte palce na kubeczku gorącej, białej herbaty. Jako jedyna studentka amerykańskiej uczelni dostałam propozycję stażu w Rosji nie dzięki nazwisku mojej matki, ani ojca. Nie dzięki ich majątkowi, a dzięki swoim zdolnościom i ciężkiej pracy. 
Po chwili gwałtownie przystaję. Moja torba jest jakaś lekka. Zdezorientowana zerkam do jej środka. Komórka, słuchawki, balsam do ust, notatnik.. Nie, to są chyba jakieś kpiny. Klnąc pod nosem stwierdzam, że zgubiłam szpilki. Jestem w Rosji, w tym cholernym Kazaniu, na nieznanej mi ulicy i zgubiłam szpilki! Wściekła zaciskam zęby, gwałtownie się obracam i jak to zwykle bywa w tłumie - wpadam na kogoś. 
- Tak się właśnie zastanawiałem, kiedy wreszcie się zorientujesz. - Śmieje się brunet, po czym jak gdyby nigdy nic wkłada mi moją zgubę do torby. Stoimy tak naprzeciw siebie przez dłuższą chwilę. W ciszy i padającym na nas śniegu. Mrużąc oczy, spoglądam na twarz Amerykanina. Już zapomniałam o tym, jak bardzo niebieskie są jego oczy. Właściwie to w tej chwili są niemal szare. Cholera, o czym ja właściwie myślę. 
Siatkarz widząc moje zdziwienie, podchodzi bliżej i przyciąga mnie do siebie kładąc brodę na czubku mojej głowy. 
- Na prawdę nie wiedziałaś? - Mruczy. 
- Czego?
- Że jestem przyjmującym w Zenicie. 
- Słucham? - Dochodząc już w zupełności do siebie, wyswobadzam się z jego ciepłego uścisku, którym i tak nawiasem mówiąc, nieźle mnie zaskoczył. 
- Czyli Paul nic ci nie powiedział. - Szepcze rozbawiony, przeszywając mnie swoim spojrzeniem. Mi tam wcale do śmiechu nie było. 
- Tak w ogóle, to dawno się nie widzieliśmy. 
- Dawno. - Przytakuję i chowam swoje lodowate już dłonie do aksamitnych kieszeni płaszcza. 
- Wiesz, nie chce być jakimś zrzędą, ale mogłaś przynajmniej zadzwonić czy coś. A nie uciekać. 
- Przecież ja nigdzie nie uciekłam! Samolot miałam o szóstej rano, a wy spaliście jak zabici. Poza tym, kim ty do diabła jesteś że muszę się z tobą żegnać i dzwonić? 
- Kolegą. - Matt wzrusza ramionami. 
Kolegą mruczę sarkastycznie pod nosem, i odwracając się idę przed siebie. 
- Podwiozę cię. - Rzuca siatkarz momentalnie zrównując ze mną krok. 
- Dzięki, ale dam sobie radę. 
- Nie pytam cię o zgodę. - Łapie mnie zdecydowanie za rękę i prowadzi do samochodu. Oczywiście w między czasie próbuję się wymknąć z jego silnego uścisku, jednocześnie wyklinając go niemiłosiernie ku jego zdumiewającej radości. 

- Czego ty ode mnie chcesz. - Warczy z założonymi rękoma, wpatrując się w coraz bielszy krajobraz za oknem.
- Niczego. Jestem po prostu miły, w przeciwieństwie do ciebie. Na naszym ostatnim spotkaniu...
- I jedynym. - Elena przerywa mu uśmiechając się ironicznie. 
- Byłaś inna. - Dokańcza zaciskając duże dłonie na kierownicy. Na prawdę nie wie, co się stało z tą wiecznie śmiejącą się, otwartą dziewczyną. Lotman owszem, wspominał coś o jakiś problemach w jej rodzinie, ale nigdy nie powiedział czy to coś poważnego. Anderson na samo wspomnienie w swoich myślach słowa - rodzina, wzdycha cicho. Doskonale pamięta moment, w którym dowiedział się o śmierci swojego ojca. Minęły dwa lata, a on nadal czuje ten ból i jednocześnie pustkę. Być może ją spotkało to samo. 
- Przepraszam. - Szepcze brunetka, patrząc się tępo przed siebie tym samym wyrywając go z myśli. - Cieszę się, że cię spotkałam. W końcu nie będę sama w tym wielkim kraju. - Na jej twarzy pojawia się nikły uśmiech, ale przyjmujący i tak mimowolnie odwzajemnia jej gest muskając lekko jej gładką, drobną dłoń.

niedziela, 13 października 2013

#1

                                    "- Dlaczego jesteś sama?
                                     - Taki mój urok." 



Niezbyt dokładnie przyglądając się barmanowi, drobna brunetka prosi o kolejną szklankę grejpfrutowego soku. Sama do końca nie wie, czemu na miejsce czekania na swoją przyjaciółkę i ekipę, wybrała ten bułgarski pub. Na zewnątrz, może i jakoś wyglądał, ale w środku nic nadzwyczajnego. Kątem oka zerka tylko na czerwone ściany pomieszczenia, na co wzdychając ciężko, zanurza swoje malinowe usta w soku. 
Nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest bacznie obserwowana. U progu pub'u, stoi jej jasnowłosa przyjaciółka, a za nią siatkarze, którym Alicja pokazuje skinieniem głowy sylwetkę Eleny.

Znudzona opieram brodę na splecionych palcach, po czym mimowolnie spoglądam na regał z licznymi butelkami alkoholu. Jak tak dalej pójdzie, to ten cały zakład z Alą zwyczajnie szlak trafi. 
Nie mogąc się powstrzymać, już mam wymówić nazwę zakazanej mi cieczy, gdy w tej samej chwili ktoś mocno mnie do siebie przyciska. 
- Zostawić ciebie samą! - Śmieje się blondynka, na co ja jedynie prycham pod nosem. 
- Nic a nic się nie zmieniła! - Wtóruje jej brat, Ignaczak, czochrając moje włosy. Chciałam już coś powiedzieć, odpyskować ale po raz kolejny przerwały mi uściski ogromnych mężczyzn. I tak, przechodziłam jak jakaś lalka z rąk do rąk, słuchając w między czasie komplementów i innych pierdół, na które jedynie śmiejąc się, przewracałam oczami. 
- A do mnie to już się nie podejdzie, tak? - Na widok miny Amerykanina, uśmiechnęłam się słodko i poklepałam go po ramieniu. 
- Skąd. Ja nigdy bym nie zapomniała o takim upierdliwcu jak ty, Lotman. - Przyjmujący uśmiechając się szeroko przytula mnie do siebie. 
- Nadal jesteś małą złośnicą. 
- A ty nadal jesteś dużym kretynem. 
- Taka mała, a jaka agresywna. - Paul rzuca rozbawione spojrzenie na stojącego obok niego przyjaciela. - Tak w ogóle, to poznajcie się. Elena, to jest Matthew. 
- Ale możesz mówić Matt. - Brunet podając mi swoją dużą dłoń, uśmiecha się ciepło. 
- A więc to ty jesteś tym najlepszym przyjacielem Lottiego? Powiedz mi, jak ty z nim wytrzymujesz? 
- Łatwo. On w Polsce, ja w Rosji. - Śmiejąc się puszcza oczko, by zaraz potem oberwać sójką w bok od Paula.
- Oboje jesteście siebie warci, gówniarze. 

Koniec. Złoto Ligi Światowej zdobyli Polacy. Pierwsze w historii. Amerykanie, mimo przegranej cieszą się z srebra. 
Jeden z nich zerka na trybuny, aby sprawdzić czy aby na pewno się zjawiła. Uśmiecha się pod nosem na jej widok. Przyszła na sam koniec. W prawej dłoni trzyma polską flagę, natomiast w drugiej amerykańską. Paul pewnie nieźle by ją ochrzanił za to, że jej nie wzięła. 

Na miejsce świętowania, siatkarze z obu reprezentacji wybrali hotel. Powód był jeden - bułgarscy kibice nie byli zbyt zadowoleni z wygranej Polaków, toteż pojawienie się w jakimkolwiek klubie groziłoby linczem. 
Tak więc, blisko trzydziestu gigantów osiadło się w korytarzu i największym pokoju polskiej reprezentacji. Rozpromieniona wygraną Alicja, już chyba drugą godzinę relacjonowała mecz swojemu narzeczonemu Leonowi przez komórkę. W tym samym czasie, ja, zdążyłam kupić trzy butelki swojego ulubionego czerwonego wina, z których siatkarze zostawili mi jedną, upominając aby wypiła najwyżej dwa kieliszki. 
- Właściwie to skąd wy się znacie? - Zapytał nieco pijany już Anderson, wskazując głową na siedzącego obok mnie Lotmana.
- Od szesnastego roku życia mieszkałam w Stanach, moja mama doskonale znała mamę Jasmine, a że już wtedy za nią latał.. 
- Dobra, dobra. - Mruczy Paul, któremu powieki co chwile opadają. 
- Mieszkasz w Stanach? 
- Mieszkałam, teraz pewnie z rok posiedzę w Rosji u Ali, a potem wracam wreszcie do... - Urywam czując, jak ciężka głowa Lottiego ląduje na moim ramieniu. Zerkając na siebie z Matt'em wybuchamy śmiechem by sekundę potem, siebie nawzajem uciszać.
Oboje po wyczerpującym układaniu Paula do łóżka, siadamy na drewnianej ławeczce na dworze, pod hotelem. Jak na Bułgarię przystało, noc jest ciepła. Jak dla mnie, za ciepła. 
- O czym myślisz? - Mruczy Anderson, rozprostowując sobie swoje umięśnione nogi. 
- Że brakuję mi tego przyjemnego polskiego chłodu. - Wypalam bez zastanowienia, na co przyjmujący uśmiecha się pod nosem.






środa, 9 października 2013

#0

"Źle czy dobrze, okaże się później. 
 Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. 

 Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się."