Stay
W chwili, gdy z moich ust pada ostatnie słowo, czuję jak moje ciało i umysł wyrywają się tym samym z transu. Koniuszkiem języka delikatnie oblizuję lekko spierzchnięte usta, biorę głęboki wdech i przymykam załzawione oczy w celu zakamuflowania słonej cieczy.
W moich myślach nie ma już ojca. Nie ma jego zielonkawych oczu z których jakże łatwo można było wyczytać Nie kocham Cię. Nie ma jego obojętnej postawy, którą przybierał przez te 23 lata mojego życia. Nie ma też tego jakże raniącego pytania Kim Ty jesteś? kiedy odwiedziłam go w naszym dawnym, rodzinnym domu kilka miesięcy temu. I choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, iż jego pamięć przez chorobę będzie się coraz bardziej pogarszać, wiem również to, że on tak naprawdę nigdy mnie nie znał, więc skąd ma wiedzieć kim jestem.
Teraz, w moich myślach jest Anderson. Jego twarz, otulona półmrokiem panującym w mieszkaniu i subtelnym cieniem światła, dochodzącego zza moich pleców, od ulicznych lamp. Jego czuły wzrok, czy ciepłe opuszki palców muskające od czasu do czasu moje dłonie czy policzki.
- To co teraz? - Pyta jednocześnie zakrywając moje nagie udo białym kocykiem. Wzruszam ramionami i kieruję swoje oczy w stronę balkonowego okna. Na widok wirujących w powietrzu srebrnych płatków śniegu, mimowolnie się uśmiecham. W przeciwieństwie do moich znajomych z Polski - kochałam zimę. W dzieciństwie z uwielbieniem wpatrywałam się w padający z mlecznego nieba puch, stojąc na środku ogrodu.
- Na święta wracam do Polski. - Szepczę i kładę głowę na miękkim oparciu kanapy.
Po chwili czuję jak jego ciepłe ciało styka się z moimi wygiętymi lekko w łuk plecami. Swoimi palcami zaczyna kreślić wzorki na moich barkach zahaczając przy tym o zsuwający się z moich ramion materiał jego szarej koszulki. Palcami drugiej dłoni, delikatnie odgarnia moje gęste, brązowe włosy i zbliża usta do mojego ucha, jakże wrażliwego na oddech bruneta.
- Lecę z tobą. I nie chcę słyszeć sprzeciwu.
Odwróciłabym się aby powiedzieć mu, a może nawet i wykrzyczeć, że nie jestem małą dziewczynką (nie patrząc na mój wzrost gdy stoję przy nim ramię w ramię) i naprawdę nie potrzebuję żadnej dwumetrowej niańki. Jednak w porę dochodzi do mnie fakt, iż jego twarz, właściwie to cały on, jest w dość niebezpiecznie bliskiej odległości ode mnie. O ile o jakiejkolwiek odległości tu może być mowa. Powiedzieć też za bardzo nie wiem co, bo wargi Matthew, które co jakiś czas muskają moją gładką skórę na karku i w okolicach szyi, skutecznie mnie dekoncentrują.
- Dobra, po pierwsze, to czy mógłbyś przestać? A po drugie, to nigdzie ze mną nie lecisz. – Warczę, choć mam wrażenie że zamiast ryku lwa był ryk małego kociątka. Amerykanin najwyraźniej rozbawiony moim tonem, przestaje (dzięki Bogu) mnie dotykać, muskać, głaskać czy co to on robił, by odwrócić całą moją sylwetkę w jego stronę.
Widzę że ma już coś powiedzieć, gdy wtem przerywa mu głośny krzyk. Nie, nie mój.
- Wiedziałem! – Lotman w jednej sekundzie tuli do swojego, okrytego sweterkiem torsu głowę Matt’a i ściska mój i tak już rozgrzany policzek.
***
- Czyli.. Nie jesteście razem? – Oczy Łosia przybierają ton niewyobrażalnego smutku i rozpaczy.
- Nie. – Kręcę głową i nalewam mu do kryształowego kieliszka sok grejpfrutowy. Wszystkie inne trunki, te mocniejsze, Anderson wyrzucił, dosłownie, przez okno.
- Jak to możliwe?! – Krzyczy na co rzucam w niego rolką papieru kuchennego. Jak się całkiem niedawno okazało jest dopiero, a może aż, dwunasta w nocy a moi sąsiedzi i tak cudem tolerują moje kłótnie z Matt’em.
- Przegrał zakład. Zapewne z Jasmine, bądź Ignaczakiem. – Mówi niebieskooki łapiąc mnie za nadgarstek i przyciągając do siebie. – Usiądź wreszcie.
Racja, nigdy nie lubił jak chodziłam w kuchni od kąta w kąt.
- Od razu przegrałem. Mam jeszcze czas.
- Czyli z Jasmine. – Uśmiecha się pod nosem brunet, podkradając mi z mojego kubka łyk białej herbaty, po którym nie ma już połowy cieczy.
- To jak? Kiedy przylatujecie do Polski?
- Za dwa dni mam samolot.
- Za dwa dni mamy samolot. – Poprawia stanowczo Anderson, co nie uchodzi uwadze Lottiego.
- Oszalałeś? Masz lecieć do USA.
- Chyba sam mogę za siebie decydować?
- W święta powinno się być z rodziną.
- Mojej rodzinie nic się nie stanie. - Wzdycham ciężko i przegryzam dolną wargę. Gdy tylko czuję jak Matt odnajduje i ściska pod stołem moją dłoń, przewracam teatralnie oczami.
- Jesteście niemożliwi. - Fuka Paul, po czym odchodzi od stołu i posyła w naszym kierunku całuska jednocześnie informując że idzie się rozpakować.
No tak.. rozpakować.
***
- Zabiję tą dwumetrową mendę o oczach Szczerbatka. - Mówię poważnym tonem, stojąc plecami do Andersona leżącego na moim łóżku. Znów.
- Nie przesadzaj. W końcu już ze sobą spaliśmy.
- Obok siebie Matt, obok siebie. - Poprawiam przyjmującego i chowam się za ścianą garderoby aby zdjąć koszulkę.
- Ale jednak półnadzy. Pierwszy krok za nami. – Śmieje się Amerykanin, na co ja również parskam śmiechem i rzucam materiał na półkę w szafie.
Słysząc dochodzące z garderoby polskie przekleństwa, marszczę delikatnie brwi i podnoszę się cicho z łóżka. W drodze do pomieszczenia wypchanego zapewne aż po sufit ubraniami, karcę siebie w myślach za swoją nadopiekuńczość. To chyba nie jest normalne, że słysząc wulgaryzmy wychodzące z jej ust, moje serce staje w obawie o jej zdrowie, czy życie.
Stojąc już u progu, nazywam siebie pod nosem największym kretynem i zamierzając czym prędzej wrócić do łóżka zerkam tylko kątem oka na drobną sylwetkę dziewczyny. Niepotrzebnie.
Na widok Eleny odzianej jedynie w krótkie spodenki Nike i czarny, koronkowy biustonosz z którym to właśnie się teraz siłuje, mój oddech mimowolnie przyspiesza a usta zaciskają się w cienką linię.
Bez zastanowienia podchodzę bliżej i kładę swoje duże dłonie na jej ramionach, nie zważając na szalejące w mojej piersi serce.
Przybliżam swoją twarz do jej szyi, by móc wargami czule muskać jej kark i koniec obojczyka. Moje dłonie zsuwają się wzdłuż jej talii, by ostatecznie objąć ją pod piersiami i powoli obrócić w swoją stronę.
W chwili gdy jej oczy spoczywają na mojej twarzy, jestem pewien że w życiu piękniejszych nie widziałem. Przez padające z boku nikłe oświetlenie, można mieć wrażenie że oprócz czekoladowego brązu i zieleni, w jej tęczówkach znajduje się płynne złoto. Bezwiednie mój wzrok spada na jej malinowe, minimalnie rozchylone usta kuszące mnie swoim konturem.
- Oczy ci się błyszczą. – Zauważa dotykając czule swoją małą dłonią mego policzka. Nie wytrzymując, łapię ją za nadgarstek i przyciągam jej ciało do siebie, po czym zachłannie wpijam się w jej niesamowicie miękkie i słodkie wargi.
Dopiero tutaj trafiłam i bardzo mi się podoba ta historia. Jestem ciekawa jak potoczą się ich dalsze losy i mam nadzieję,że oboje będą szczęśliwi.Mam nadzieję,że znajdą to szczęście przy swoim boku.
OdpowiedzUsuńJeśli masz czas i ochotę zapraszam do siebie na jestes-wszystkim-czego-potrzebuje.blogspot.com
Buziaki
Wow. Świetna końcówka.
OdpowiedzUsuńBoże, co za zakończenie. Masakra, jestem pozytywnie zaskoczona !
OdpowiedzUsuń'Opierasz wypudrowaną twarz w białą koszulkę chłopaka, modląc się w duchu by nie upieprzyć mu tego zapewne drogiego ciuchu. Czujesz hipnotyzującą woń jego perfum i całkiem niewinnie przygryzasz od środka swoją wargę. Jest tak idealnie'
Zapraszam http://blekitneoczy1.blogspot.com
Pozdrawiam A.
Żałuję, że tak długo mnie tu nie było, żałuję, że tak dawno dodałaś ostatni rozdział, własnie teraz, kiedy jest tyle emocji między nimi. Cudownie to opisałaś!
OdpowiedzUsuńZaczęłam nową historię, jeśli tylko chcesz, jeśli nadal tu jesteś.
Pozdrawiam x
un-oubli.blogspot.com